Wyszukiwarka
Oferty
Bilety promowe
Nasi partnerzy
Fjordline - Wyjątkowa podróż do Norwegii!
Jesteśmy partnerem Polskiej Izby Turystycznej
Novasol - wakacje w domu
Łowy z przewodnikiem
Podczas swojej wędkarskiej wędrówki spotkałem wielu wspaniałych łowców, z wieloma konkurowałem na niejednych ogólnopolskich czy też międzynarodowych zawodach. Inni wędkarze, których wspominam szczególnie serdecznie, pozostali w mojej pamięci jako nauczyciele, bez których z pewnością nie poznałbym tylu pięknych łowisk i nie potrafiłbym złowić tak wielu wspaniałych ryb. Osób tych wymieniać nie będę, może pominąłbym kogoś, a pisząc te słowa mam na myśli także wielu towarzyszy wędkarskich wypraw, którzy odeszli już do krainy wiecznych łowów.

Wśród tych wszystkich wędkarzy nie spotkałem jednak łowcy tak wszechstronnego jak Kenneth Fransson, doskonałego w najprzeróżniejszych technikach, swoją wędkarską wiedzę opierającego o znajomość biologii ryb i wodnego środowiska. Jakby tego było jeszcze zbyt mało, Kenneth uchodzi w całej Skandynawii za jednego z najlepszych preparatowów ryb i organizmów wodnych. 

Kenneth Fransson to wędkarz trollingowy regularnie odwiedzający wielkie jeziora i łowiska morskie, to fantastyczny łowca jeziorowych szczupaków i sandaczy, uczestnik wypraw na norweskie fiordy i na łowiska Kanady jak i na tropikalne wody Tasmanii, Atlantyku i Zatoki. Zupełnie zaskoczył mnie prezentując swój sprzęt i wędkarskie trofea, bowiem ujrzałem w nim także "rasowego karpiarza". Kenneth świetnie łowi także pod lodem, właśnie podczas pisania tego tekstu w lutym 2001 roku otrzymałem od niego informację o udanych połowach spod lodu, kiedy to jednego dnia złowił siedmiokilogramowego sandacza i ośmiokilogramowego szczupaka. Ponadto jest wspaniałym towarzyszem wypraw, zawsze też, nawet w trudnych momentach, nie traci poczucia humoru, co nie jest tak częste u na ogół zamkniętych w sobie Skandynawów.

Kennetha znałem już od dawna, jednakże nigdy nie mieliśmy okazji wspólnie łowić. Dlatego celem tej wyprawy, w której towarzyszył mi przyjaciel z Trzcianki, Piotr Forszpaniak, było przede wszystkim wspólne wędkowanie z Kennethem Franssonem. Wybraliśmy niezbyt dobry okres w środku lata, jednakże zawodowe obowiązki każdego z nas nie pozwoliły na przyjazd w kwietniu lub maju, jak nas do tego namawiał Kenneth. W drodze do naszego szwedzkiego kolegi zazdrościliśmy mu kapitalnego miejsca zamieszkania, w okolicach miasta Linkoping, skąd blisko nad jeziora Wetter i Wenner, niedaleko nad bałtyckie szkierowe łowiska, a przy tym w promieniu kilkudziesięciu kilometrów ma do dyspozycji dziesiątki doskonałych łowisk z rekordowymi szczupakami, sandaczami i okoniami.

Zaraz po naszym przybyciu rozmowa zeszła na temat ustalenia harmonogramu pobytu. Postanowiliśmy najpierw wyruszyć na "morskie łowy" na jezioro Wetter, a następnie dwa dni spędzić na jeziorach, jednym typowo szczupakowym, drugim z przewagą sandaczy. Kenneth od razu zastrzegł, że plany te może zweryfikować zmienna pogoda, głównie w odniesieniu do połowów nad olbrzymim jeziorem Wetter. Nikt rozsądny nie zdecyduje się na wypłynięcie na wodę przy kilkumetrowej fali i szalejącym wietrze, a takie warunki często bywają nad jeziorem Wetter.

I dzień

Prognoza pogody w przeddzień wyprawy nie wykluczała wypłynięcia na wody jednego z największych jezior Europy, jednakże z góry wiedzieliśmy, że huśtać będzie mocno i fakt ten może w najlepszym razie odebrać nam część przyjemności. Zdecydowaliśmy się jednak na łowienie trollingowe na jeziorze Wetter także i z tego powodu, że w najbliższych dniach silne wiatry wiejące z Zachodu miały się jeszcze wzmagać. Wyglądało więc, że jeśli nie teraz, to z pewnością podczas tegorocznego pobytu nie dojdzie do tych jedynych w swoim rodzaju łowów, podczas których złowić można wspaniałe pstrągi arktyczne jak i wielkie łososie.

Nie wiem, kiedy Kenneth zdążył przygotować się do wyprawy, bowiem gdy nas obudził o świcie, śniadanie było już gotowe, prowiant na cały dzień również, a na dworze stało już Volvo "zaprzężone" w wielką przyczepę, na której umieszczona była wielka, pełnomorska łódź wędkarska. W wyprawie towarzyszy nam Olaf Pona, który nigdy nie rezygnuje z trollingowych połowów łososi i pstrągów arktycznych. Zaraz po śniadaniu, w strugach deszczu jedziemy do Borghamn, bazy naszego przewodnika nad jeziorem Wetter. Nie tylko deszcz, ale i porywisty wiatr i wysokie fale z białymi grzywami ostudzają nasz entuzjazm do wypłynięcia na wodę. Kenneth zasięga jeszcze informacji o przewidywanej pogodzie, rozmawia z płetwonurkami w ich bazie, po czym wraca do samochodu i podejmuje decyzję o rezygnacji z wypłynięcia na wodę. Nie ma żadnych przesłanek, że wiatr osłabnie, na domiar złego wieje równolegle do podłużnej osi jeziora, ma więc kilkadziesiąt kilometrów do "rozbujania" wód tego akwenu.

Kenneth jako doświadczony przewodnik wędkarski miał w pełni przygotowany wariant wyprawy na szczupaki i sandacze, dlatego po powrocie do domu wystarczyło tylko zmienić przyczepę na znacznie mniejszą, na której zamontowana była już łódź ze sprzętem do łowienia na niewielkich jeziorach. Niedługo potem Kenneth zmienia łódź i sprzęt, my natomiast uzupełniamy sprzęt o nasze wędziska i niezawodne sandaczowe i szczupakowe przynęty. Nie mija dużo czasu, jak jedziemy, już bez Olafa, nad jedno z jezior w kierunku na Atvidaberg.

Po prawie godzinnej jeździe mało uczęszczanymi drogami wiodącymi wśród pól i lasów dojeżdżamy nad niewielkie jezioro, położone w niecce wśród lasów. Jezioro ma około stu hektarów powierzchni, uroku dodaje niewielka wyspa usytuowana na środku akwenu. Podjeżdżamy nad samą wodę, stąd do przesienienia łodzi i sprzętu mamy zaledwie kilkanaście metrów. Nad jezioro nie docierają podmuchy wiatru, a wciąż padający deszcz nie jest w stanie zepsuć nam wyprawy. W chwilę później jesteśmy już na jeziorze. Od razu zwróciłem uwagę na bardzo małą przeźroczystość wody, jakby podczas maksymalnego zakwitu glonów. Kenneth mówi, że w tym jeziorze taka przeźroczystość występuje przez cały rok z wyjątkiem okresu zimowego. Zanim Kenneth rozwinął sprzęt trollingowy, chwytamy za spinningi i wykonujemy po kilka rzutów. Nasz przewodnik jest bardzo szybki i kapitalnie zorganizowany, dlatego już za chwilę przerywa nasze łowienie, bowiem jest już przygotowany do trollingowania. Jako przynęty zakładamy woblery o bardzo charakterystycznych kształtach, zdaniem przewodnika, najlepsze na sandacze. Są tu woblery znanej firmy Mann's, ale również firm fińskich oraz samodzielnie wykonane przez naszego gospodarza. Wszystkie charakteryzują się bardzo smukłym, wydłużonym kształtem, patrząc na nie z boku jakby z osią przebiegającą nie po linii prostej, lecz po łuku. W wodzie wszystkie pracują bardzo podobnie, wykonując bardzo szybkie, agresywne ruchy na boki.

Płyniemy na wolnych obrotach silnika, z każdą chwilą zwiększając ilość woblerów ciągniętych bezpośrednio za łodzią oraz obok łodzi dzięki stosowaniu tzw. parawanów. Parawany, niewielkie deseczki zaopatrzone w spinacze i kółka, przez które przechodzi żyłka, powodują ciągnięcie przynęty kilka lub kilkanaście metrów obok toru, po którym przemieszcza się łódź. Nasz przewodnik uważa, że w dzisiejszych warunkach sandacze powinny znajdować się w połowie wody, dlatego odpowiednio do każdego woblera dobiera długość żyłki pomiędzy parawanem a przynętą, aby ta zanurzyła się około pięć metrów pod powierzchnią wody.

Kiedy komplet ośmiu holowanych woblerów znalazł się w wodzie, Fransson stwierdził, że zaraz złowimy pierwszego sandacza. Wprawdzie ilość przynęt zwielokrotniała nasze szanse, to jednak i tak zdziwiłem się tak optymistycznemu podejściu do sprawy. Nie dziwiłem się jednak zbyt długo, bowiem pierwsze branie miało miejsce na wobler prowadzony najdalej od toru łodzi. Zwolniliśmy do minimum i wraz z Kennethem zwijaliśmy pozostałe wędki z tej strony łodzi, gdzie było branie. Piotr w tym czasie ze spokojem holował rybę, którą nieco później okazał się dwukilogramowy sandacz. Widok niezbyt dużego sandacza z ponad piętnastocentymetrowym woblerem w pysku przypomniał mi stare "mądrości" wędkarskie, że sandacze stronią od dużych przynęt z uwagi na bardzo wąski przełyk. Nie raz się już przekonałem o nieprawdziwości tej zasady, łowiąc na naszych zbiornikach zalewowych sandacze na bardzo duże twistery.

Za chwilę sytuacja się powtarza, tym razem na mnie przypada kolej złowienia sandacza. Ten okazał się większy, ponad trzykilogramowy. Trollingujemy na środku jeziora, brania powtarzają się regularnie. Po trzech godzinach mamy już sześć sandaczy, wszystkie z wyjątkiem pierwszego mają masę od trzech do czterech kilogramów. Obserwuję, jak podczas swojej pracy zachowuje się Kenneth - stara się przede wszystkim dostarczać nam jak najwięcej wrażeń i przyjemności. Nasz przewodnik sugeruje nam, abyśmy spróbowali połowić w okolicach wyspy, więcej jest tam szczupaków, może uda się złowić jakąś większą rybę. Faktycznie, tutaj łowimy na trolling cztery szczupaki, największy z tych drapieżników, którego miałem przyjemność złowić, miał masę nieco ponad 4 kg, ale paszczę co najmniej siedmiokilowej ryby.
Na koniec postanawiamy połowić nieco na spinning. Proszę przewodnika, abyśmy wpłynęli do bardzo płytkiej zatoczki, porośniętej przy brzegach pasem trzcin. Kenneth uważa łowienie w takim miejscu za bezsensowne, bowiem w bardzo nagrzanej wodzie płytkiej zatoki z pewnością nie będzie szczupaków. Ja uważam inaczej, zauważając duże ilości drobnicy w okolicach trzcin. Przyznam, że bardzo lubię penetrować spinningiem wśród szczupakowych kryjówek ukrytych w trzcinach i pomiędzy grążelami. W zatoce szczupaków było wiele, kwadrans wytarczył na złowienie czterech wcale nie najmniejszych sztuk. Ryby te wypuściliśmy, po czym uznaliśmy, że czas nam kończyć dzisiejsze wędkowanie.
Po powrocie do domu, oczekując na obiad przygotowywany przez żonę przewodnika, Kenneth zadziwił nas po raz kolejny, tym razem sprawnością w filetowaniu ryb. Dwadzieścia minut trwało sporządzenie filetów z sześciu niemałych przecież sandaczy.

II dzień

Następnego dnia nad ranem pogoda była wciąż niepewna, ale na pocieszenie zapowiadane przejście gwałtownego frontu nas ominęło. Nie zdecydowaliśmy się jednak na wyjazd nad Wetter, prawdopodobnie powtórzyłby się wczorajszy scenariusz. Dlatego od razu obieramy kurs na inne, typowo szczupakowe jezioro, położone w pobliżu akwenu, gdzie łowiliśmy wczoraj.
Jezioro okazało się znacznie większe od wczorajszego, owalne, z kilkoma bardzo dużymi zatokami. Przewodnik informuje nas, że dominują tu szczupaki, a sandaczy jest minimalna ilość, jednak olbrzymich rozmiarów. Stosujemy podobną do wczorajszej technikę połowu, inne są jednak woblery zakladane przez Kennetha. Brania ryb rozpoczynają się zaraz po rozpoczęciu łowienia i trwają praktycznie przez cały dzień. Liczymy na złowienie większej sztuki, bowiem w czerwcu Fransson będąc tu z innym wędkarzem w ciągu dnia złowił tu jedenaście szczupaków, w tym dwa były znacznych rozmiarów: jedenaście i siedem kilogramów. Niestety, z Piotrem na przemian ciągniemy szczupaka za szczupakiem, ale wszystkie mieszczą się w granicach od dwóch do czterech kilogramów. 

W środku dnia przewodnik serwuje nam na brzegu posiłek. Jest gorąca zupa, upieczony kurczak, piwo, a na deser słodycze. Po obiedzie decydujemy się na krótki spacer po otaczającym jezioro sosnowym lesie. Co chwilę znajdujemy grzyby, najczęściej podgrzybki, ale bywają też i borowiki. Sądzimy, że wiele frajdy mieliby w tutejszych okolicach także grzybiarze. Kenneth bardzo ochoczo podchodzi do pomysłu zabrania i późniejszego przygotowania leśnych grzybów. Różni się w swoim podejściu od większości Skandynawów, bardzo sceptycznie podchodzących do spozywania dziko rosnących grzybów.

W ciągu dnia pogoda zmienia się diametralnie, znikają chmury i zaczyna świecić słońce. Coraz bardziej zaczynamy odczuwać znużenie, szczupakó wprawdzie nie brakuje, ale łowienie kolejnych ryb staje się zajęciem bardziej męczącym niż fascynującym. Grzechem jest stwierdzenie, że kolejna ryba jest znów niewielka, ma może ze trzy kilogramy! Gdyby taki jeden szczupak trafiał się w każdej siedmiogodzinnej turze zawodów, byłoby to marzeniem! Zaczynamy zmieniać przynęty - jest to dobry czas do wypróbowania niektórych przynęt. Zdecydowanie mało brań jest na wahadłówki, natomiast zupełnie nieskuteczne okazują się duże obrotówki. Dobrze natomiast na tle woblerow serwowanych przez naszego przewodnika wypadają woblery SALMO i uznane wszędzie Rapale oraz zawsze skuteczne na szczupaki duże rippery. Możemy wypróbowywać różne techniki holowania ryb, sporo fotografujemy. Przygodę mrożącą krew w żyłach przeżywa Piotr, bowiem na moją prośbę bardzo siłowo holuje szczupaka, który kilka metrów od łódki energicznie wyskakuje ponad wodę - na co tylko czekam z przygotowanym aparatem fotograficznym. Wtem szczupak uwalnia się z przynęty, a wobler ze świstem leci w kierunku szyi mojegpo przyjaciela i wbija się w nią na wysokości krtani. Przed przystąpieniem do "akcji ratunkowej" mam ochotę sfotografować ten niecodzienny widok, jednakże spojrzenie Piotra ostudza mój zapał. Zdjęcia nie zrobilem, szkoda wielka, a jak się okazało za chwilę, wobler z łatwością dał się zdjąć z szyi Piotra.
Kończymy dzień w doskonałych nastrojach, "nałowieni" do maksimum, bowiem tego dnia złowiliśmy dwadzieścia osiem szczupaków, a niejeden zerwał się nam podczas holu wskutek różnych wędkarskich eksperymentów, jak równieżnieco frasobliwego podejścia do holu kolejnej ryby.

III dzień

Trzeci dzień łowów z naszym przewodnikiem jest ostatnią szansą na wyjazd na jezioro Wetter. Dzień wita nas słońcem i bezchmurnym niebem, prognozy są więc pomyślne. Po przybyciu nad wodę widzimy spokojne jezioro, w niczym nie przypominające piekła sprzed dwóch dni. Sprawnie opuszczmy łódź na wodę i niedługo potem wypływamy na bezkresne łowisko. 
Stosujemy teraz wyłącznie technikę trollingową, niby tę samą jak podczas dwóch poprzednich dni, ale jednak jakże odmienną od stosowanej na niewielkich akwenach. Teraz ciągniemy przynęty bardzo głęboko pod powierzchnią wody stosując żurawiki, znane pod angielskim terminem dowringerami. Wędkarstwo takie wręcz nie różni się od trollingu morskiego, analogiczne do morskich są na jeziorze Wetter głębokości, czy to prowadzenia przynęt, czy też samego akwenu. Akwen ten na większości swojej powierzchni ma głębokość rzędu kilkudziesięciu metrów, a w wielu miejscach głębokość znacznie przekracza sto metrów! 

W wyprawie towarzyszy nam oczywiście Olaf, który podczas takiego "grubego trollingu" czuje się jak w swoim żywiole. Razem z naszym przewodnikiem umieszczają na odpowiednich głębokościach przynęty, którymi są woblery oraz błystki obrotowe wykonane z masy perłowej, przynęty bardzo skuteczne na pstrągi arktyczne. Kenneth dzięki wykorzystaniu nowoczesnych technik, szczególnie GPS, kieruje łódź na te łowiska, na których złowił największą ilość łososi i pstrągów. Kilka lat temu właśnie do niego należał rekord w tym gatunku, jego pstrąg miał masę ponad dziewięciu kilogramów. Obecny rekord jest lepszy tylko o kilka dekagramów. 
Pierwszą rybą jest mały, niewymiarowy łosoś, którego oczywiście wypuszczamy. Ale zaraz potem na pokładzie ląduje półtorakilogramowy pstrąg arktyczny. Pięknej urody to ryba, jedna z piękniejszych, z jakimi się spotkałem. Nieco przypomina pstraga źródlanego, jest jednak rybą jeszcze delikatniejszą. Cechą charakterystyczną tego gatunku jest to, że przed zbliżającym się tarłem te seledynowo-marmurkowe ryby nabierają barw czerwieni. 

Trollingowanie na wielkich jeziorach jak i na morzu dla niektórych może wydawać się nieco monotonne, jednakże w każdej chwili naszą przynętę zaatakować może ryba olbrzymiej wielkości - wszak największe łososie w jeziorze Wetter przekraczają masę dwudziestu kilogramów. Natomiast czas oczekiwania na brania ryb można wykorzystać na rozmowę, na posiłki, jak i na pełne zrelaksowanie się. 
Tego dnia złowiliśmy cztery pstrągi oraz trzy małe łososie. Wokół nas krążyło kilka innych łodzi, na jednej z nich złowiono siedmiokilogramowego łososia, natomiast pozostałe załogi miały wyniki porównywalne z naszymi. Ostatni dzień łowienia z Kennethem Franssonem różnił się znacznie od poprzedniego, ryb było wprawdzie znacznie mniej, ale były to ryby najszlachetniejsze.

* * *

Po całodniowym trollingowaniu na jeziorze Wetter wracamy do gościnnego domu Kennetha. Jutro pożegnamy się z naszym przewodnikiem. Wieczorem podczas kolejnego, wspaniałego posiłku serwowanego przez gospodynię długo rozmawiamy z gospodarzem na temat jego łowisk i najlepszego terminu przyjazdu na największe okazy sandaczy i szczupaków, bowiem podczas obecnego pobytu w lipcu tylko przypadkowo mogłaby taka ryba się trafić. Nasz przewodnik poleca październik lub też kwiecień i maj. Jesteśmy gotowi z Piotrem powrócić na te łowiska, ale czy pozwolą nam na to nasze zawodowe obowiązki?

Autor: Dominik Paukszta
Zadaj pytanie
E-mail:  
Temat:  
Treść:  
Zadaj pytanie
Thinq na Facebooku