Duńska wyspa Bornholm

Bornholm

Jest to bajka o małej, kolorowej wyspie, pełnej słońca, wspaniałych zabytków i dziwów natury. W lecie przeżywa najazd turystów, ale wszystko dobrze się kończy.

Postanowiliśmy zwiedzić Bornholm na rowerach. Na wyspie o wymiarach 20 na 30 km jest przecież ponad 200 km doskonałych dróg dla cyklistów, co sprawia, że rower jest najlepszym sposobem na jej poznanie. I nie jest to bynajmniej wysiłek ponad ludzką miarę.

Z portu w Nexo, obowiązkowego punktu startowego wszystkich zwiedzających wyspę, można pojechać na południe do Dueodde, by wylegiwać się na wspaniałych plażach (ich piasek, jako najdrobniejszy, był niegdyś używany w klepsydrach) lub wyruszyć rowerem na objazd wyspy. Wybieramy to drugie. Jedziemy do Svaneke, które będzie naszą bazą przez najbliższe dwa dni. Pierwszym zaskoczeniem jest liczba rowerzystów. Jakby się wszyscy zmówili! Dopiero potem wytłumaczono nam, że akurat trafiliśmy na tradycyjny rajd rowerowy wokół wyspy.

W Svaneke nocujemy w Youth Hostel (wbrew nazwie może zamieszkać tu każdy, bez względu na wiek). Mimo iż miasto pełne jest rybackich domków mających ponad 200 lat, jego największą atrakcją są szkło i… cukierki. Szkło nie byle jakie, bo wytwarzane na oczach widzów w maleńkiej hucie Pernille Bülow. Jest to jednocześnie sklep: dookoła nas stoją kruche cuda o najbardziej fantazyjnych kształtach i kolorach. Kto marzy o wyjątkowej pamiątce, będzie miał dylemat, co wybrać, choć cena może nieco ostudzić szał zakupów. Za to warto przyjrzeć się, jak powstają piękne kieliszki i wazony, lub spróbować stworzyć coś samemu podczas krótkiego kursu wytapiania i formowania szkła. Emocje gwarantowane!

Przy rynku czeka słynna na wyspie wytwórnia cukierków Svaneke Bolcher, gdzie wciąż pracuje się na starych urządzeniach i przygotowuje łakocie w oparciu o dawne receptury. Najwierniejszymi fanami tego miejsca są oczywiście dzieci. Stojąc za barierką, z zapartym tchem obserwują dwóch cukierników w akcji, którzy z cyrkową zręcznością żonglują kolorową masą, by wyczarować z niej barwne cukierki. Posileni słodyczami wyruszamy na spotkanie z lasem Almindingen. Pomiędzy ogromnymi drzewami znajdujemy pozostałości grodu wikingów, malownicze głazy i wieżę widokową. Patrząc z góry na leśne ostępy, wprost nie możemy uwierzyć, że las ten powstał dzięki ludziom. Kiedy był sadzony (pod koniec XIX w.), otoczono go murem, aby sadzonek nie zjadły owce. Największą atrakcją w okolicy jest Ekkodalen – Dolina Ech, gdzie pionowe urwisko skalne odbija głosy. Wracając do Svaneke przez Paradisbakkerne, jesteśmy szczęśliwi, że w rowerach mamy przerzutki. Rajskie Pagórki mimo sielskiej nazwy potrafią nieźle zmęczyć!

Wyspy najmniejsze

Naszą następną bazą zostaje Gudhjem, to ulubiony plener malarzy: ze wzgórza nad miastem widać panoramę czerwonych dachów, kolorowe ściany domów i turkusowy Bałtyk (tak, tak – tu nasze morze ma zupełnie inny kolor!), zaś na sąsiednim wzgórzu stoi stary, potężny wiatrak. Wędrując uliczkami dawnej rybackiej osady, turysta jest co krok wodzony na pokuszenie zrobienia zdjęcia. W oknach widać żeglarskie pamiątki: kompasy, makiety jachtów, koła sterowe, a przed domami jest pełno kwiatów. Wcześniej czy później wąskie uliczki doprowadzają do portu. Poza jachtami i kutrami cumują tu statki pływające do maleńkiego archipelagu Ertholmene.

Robimy sobie dzień kondycyjny i zamiast na rower wsiadamy na statek. Gdy kupujemy bilet, sprzedawca pyta, z jakiego jesteśmy kraju. I nie jest to zwykła ciekawość, o czym przekonaliśmy się, otrzymując folder o Ertholmene w języku… polskim!

Ertholmene jest już doprawdy malutki: tworzą go Christianso/ (710 na 430 m) i jeszcze mniejsza Fredrikso/ (440 na 160 m)! Wystające z morza skały przez stulecia były domem tylko dla mew, jednak w XVII wieku król Christian V zdecydował o utworzeniu tu bazy wypadowej dla duńskiej floty. Wzniesiono koszary, fortyfikacje, a na wyspie zamieszkali żołnierze.

Po latach (w międzyczasie archipelag był twierdzą kaperską oraz więzieniem) dawni żołnierze powrócili tu wraz z rodzinami. Ich potomkowie pozostali na wyspie i stworzyli niewielką, ale bardzo solidarną społeczność. Pytani, czy nie czują się czasem samotni, odpowiadają: „Któż z was ma stu przyjaciół?”.

Jesteśmy zafascynowani pracą, jaką włożono w przystosowanie tego miejsca do zamieszkania: nawet ziemia do przydomowych ogródków została przywieziona z Bornholmu. Działa wycelowane w morze dziś już nie bronią wyspy, lecz przyciągają turystów, ciekawych, jak żyje się na tym miniaturowym końcu świata.

Mimo niepozornych rozmiarów wyspy nie są nudne, lecz pełne ciekawostek i zakamarków, co najlepiej widać z Dużej Wieży będącej także pierwszą w Danii zwierciadlaną latarnią morską. Oglądamy maleńki cmentarz, dawne koszary, znajdujemy nawet stajnie, w których niegdyś trzymano cztery konie! Z braku miejsca do jazdy służyły chyba wyłącznie do celów reprezentacyjnych. Wydawało nam się, że trzy godziny to za dużo na oglądanie tak niewielkiej przestrzeni, lecz ani się spostrzegliśmy, kiedy nadszedł czas, by wracać „na ląd” (tak się tu określa Bornholm).

Wąż w kościele

Aby zobaczyć znacznie większe skały, wyruszamy na północ od Gudhjem. Helligdomsklipperne (tylko na pozór trudno to wymówić!) to malownicze wybrzeże przypominające skrzyżowanie minifiordów ze szkierami. Symbolem wyspy są cztery okrągłe kościoły z XII wieku. Po drodze ze Svaneke do Gudhjem odwiedzamy największy z nich w Osterlars.

Wybrzeże wyspy ma to do siebie, że droga co chwilę pnie się lub wiedzie w dół. O ile to drugie nas raduje, to jednak podjazdy (zwłaszcza z sakwami!) wymagają sporo wysiłku. Trudy rekompensują nam piękne panoramy, w których nie ma reklam (!) i bloków, są za to wiatraki i malownicze domki.
Mała przystań w Bornholm

Wreszcie docieramy do charakterystycznej rotundy o maleńkich okienkach i przesadnie grubych murach. Czasy, w których budowano okrągłe kościoły, nie należały do spokojnych, zatem w budynkach na parterze odprawiano msze, zaś górne piętra służyły jako magazyny żywności oraz schronienie na wypadek ataku wroga. Dziś jedynymi, którzy te miejsca atakują, są turyści chcący obejrzeć zachowane wewnątrz gotyckie freski. Ten swoisty katechizm malowano zwykle na wspierającym strop potężnym filarze, zaś najciekawsze malunki ukazujące historię Adama i Ewy zachowały się w Nylars. Po odwiedzinach w położonym nieopodal Ostelars Centrum Średniowiecza łatwiej sobie wyobrazić, jak się naprawdę żyło w średniowieczu.

W miejscu tym rycerze toczą pojedynki, zaś przybysze mogą spróbować swoich sił w tkactwie, garncarstwie, a także w strzelaniu z łuku i konnej jeździe. Milczących świadków dawnych czasów odnajdujemy w kamieniach runicznych. Stawiano je, aby upamiętnić np. czyjąś śmierć. Jeden z ciekawszych widzimy wewnątrz okrągłego kościoła w Nylars. Poza spiralnym napisem widać na nim wizerunek Midgarda, legendarnego węża, który wedle tradycji pożerał zatopionych żeglarzy. Obeliski podobne do kamieni runicznych, ale pozbawione napisów, to menhiry pozostałe po mieszkańcach wyspy z epoki brązu. Miały one znaczenie najprawdopodobniej kultowe, choć niełatwo zdradzają swe sekrety. Największa grupa (aż 60) znajduje się w Gryet, lecz i Louisenlund z obeliskami skrytymi między starymi drzewami ma wiele tajemniczego uroku.Malownicza zabudowa na wyspie Bornholm

Krolle Bolle macha śledziem

Co byłaby warta wyspa bez swego dobrego ducha? Maskotką Bornholmu jest Krolle Bolle – sympatyczny troll będący skrzyżowaniem diabełka z krasnalem. To właśnie jego opiece przypisuje się uchronienie wyspy przed Szwedami, a jeśli coś się w domu zagubi, to też wiadomo, czyja to sprawka. Krolle Bolle zobaczyć można na pocztówkach, jak macha wędzonym śledziem zamiast chusteczką. Być na Bornholmie i nie skosztować legendarnego bornholmera?! Niemożliwe! Wędzone śledzie były przez wieki poszukiwanym towarem, zyskując nawet miano złota Bornholmu.

Z Gudhjem jedziemy na drugą stronę wyspy do Hasle, aby odwiedzić najsłynniejszą wędzarnię wyspy. W zabytkowych budynkach można obejrzeć, jak powstaje owe słone złoto, a potem oddać się przyjemności degustacji. Naszą bazą zostaje Youth Hostel w Hasle, będący doskonałym punktem wypadowym do wycieczek po zachodnim wybrzeżu. Droga wijąca się wzdłuż brzegu prowadzi przez rybackie wioski. Jest tu tak spokojnie, jakby czas po prostu przysnął, pozwalając godzinom wolniej przesuwać wskazówki zegara. Kościół na wyspie Bornholm

Ale wkrótce kończy się sielanka – czeka nas ostry podjazd. Wreszcie docieramy do granitowego klifu Vang, wysokiego na ponad 40 metrów. Urwisko wygląda szczególnie malowniczo o zachodzie słońca. Nieopodal widać skały Jons Kapel. Swą nazwę miejsce zawdzięcza samotnej turni z grotą, skąd wedle legend nauczał mnich Jon.

Wrzosowiska nad morzem

Następnego dnia jedziemy jeszcze dalej na zachód: do ruin średniowiecznego zamku Hammershus. Uważany za największy w Skandynawii, malowniczo wznosi się nad urwiskiem. W warownej twierdzy warto poszukać pozostałości browaru – dawniej jednego z bardziej strategicznych miejsc w zamku. Wszak w średniowieczu na wyspie oszczędzano wodę, kawy i herbaty jeszcze nie znano, więc żołnierze pili głównie piwo – ponoć nawet i sześć litrów dziennie! Z zamku już tylko kilkanaście minut jazdy dzieli nas od końca półwyspu Hammeren. Góruje nad nim latarnia Hammer Fyr z 1872 roku. Wybudowano ją wysoko i okazało się, że… jej światła nie widać!

Winne temu były chmury, które nisko zawieszone, jesienią często spowijały tę część wyspy. W 1895 roku musiano wybudować drugą latarnię tuż przy plaży. Wędrując ku niej z Sandvig Famille Camping, idziemy dawną drogą ratunkową. Niegdyś przemierzały ją spe-cjalne wachty z latarniami, ostrzegające statki przed skałami, zaś w razie wypadku spieszące rozbitkom na pomoc. Największą atrakcją półwyspu jest przyroda. Rozległe wrzosowiska zmieniają w sierpniu brzegi w fioletowy dywan, zaś smagane wiatrem nieliczne drzewa przybierają fantazyjne kształty.

Kolejny dzień to spotkanie ze stolicą wyspy. Zwiedzanie Ronne zaczynamy od najciekawszej uliczki Starego Miasta: Vimmelskaftet. Różnorodne kolory ścian tworzą pogodną mozaikę. Znajdujemy tu też domek jak z bajki: obok niebieskich drzwi widać jedno okienko i jedną latarnię. Najmniejszy dom na wyspie jest fotografowany chyba przez każdego turystę. Tradycyjne domki na wyspie Bornholm

Nieco dalej stoi budynek zbudowany bez rogów i ustawiony pod kątem: wszystko po to, aby konny tramwaj mógł tędy przejechać. Tyle różnych rzeczy na tak małej wyspie… Nie mogło być jednak inaczej. Wedle legendy, gdy Bóg kończył tworzenie Skandynawii, pozostało mu sporo pięknych resztek. Nie namyślając się długo, rzucił to wszystko w jedno miejsce. Tak powstał Bornholm – bałtycka wyspa skarbów

Podziel się: